Resident Evil to największa franczyza z gatunku survival horroru w branży gier wideo. Posiada przy tym najwięcej adaptacji w postaci filmów, seriali i animacji. Konsekwencją tak dużej liczby materiałów jest… brak konsekwencji, przez co ilość nie zawsze idzie w parze z jakością. W przypadku akurat tej serii problem jest o tyle zawiły, że konstrukcja fabuły pozwala na liczne i – jak pokazał czas – dość luźne interpretacje dotyczące wybuchu epidemii spowodowanej wirusem, który w konsekwencji zamienił wszystkie żywe istoty w mieście Raccoon City i na jego obrzeżach w bezmyślne zombie. Co to oznacza w praktyce?
Dla części fanów najlepsze co mogło spotkać filmowego Resident Evil to pierwsza część z Millą Jovovich, choć osobiście dla mnie główny zamysł został osiągnięty dopiero w poprzedniej odsłonie czyli Resident Evil: Witajcie w Raccoon City z 2021 roku (Resident Evil: Welcome to Raccoon City). Choć była to produkcja budżetowa, to jednak żaden dotychczasowy film nie był tak blisko wiernego odwzorowania wątków z oryginalnych gier wydanych na pierwsze PlayStation czyli Resident Evil (1996) oraz Resident Evil 2 (1998).
Posiadłość Spencera, posterunek policji, miasto, bohaterowie znani z początków serii – to wszystko rzutowało na może nie do końca perfekcyjny twór, ale ewidentnie mrugający do widza zaznajomionego z materiałem źródłowym. Na dokładkę otrzymaliśmy całkiem mroczny klimat oraz niezbyt optymistyczne zakończenie, które dawało nadzieję na kontynuację tej ścieżki. A jeśli dodamy do tego datę premiery w 2021 roku i ciekawostkę, że oglądałem go w opustoszałej sali kinowej jedynie z kuzynem ze względu na szalejącą wówczas pandemię to…
… z jednej strony chciałoby się wrócić do emocji, które towarzyszyły poprzedniemu dziełu, ale na długo przed premierą było wiadomo, że najnowszy kinowy Resident Evil (2026) obierze zupełnie inne tory. Film w zasadzie odcina się nie tylko od poprzednika, ale i wszystkich dotychczasowych interpretacji znanych klasyków. Na dobrą sprawę, gdyby nie nazwa filmu oraz wspomnienie nazwy miasteczka do którego kieruje się bohater, to pewnie nikt by się nie zorientował, że to kolejny film z tego uniwersum. Czy to jednak zła droga? Jak się okazuje, niekoniecznie, choć w moim odczuciu jest to najmniejszy problem tego filmu.
Bryan – kurier medyczny, który dostarcza rozmaite przesyłki do szpitali w celu ratowania życia, otrzymuje zadanie dotarcia z zabezpieczoną przesyłką do miasteczka Raccoon City. Już w trakcie podróży zaczynają się pierwsze problemy. Najpierw narastająca śnieżyca, później komplikacje na drodze, które doprowadzają do fali nawarstwiających się problemów. Na tym etapie poznajemy główne zagrożenie w rozmaitych (i znanych już z gier) formach. Jest solidne budowanie napięcia nawet pomimo faktu, że nawiązania do gier są bardzo subtelne (jak odwiedzany przez bohatera dom, który w trakcie kilku ujęć nawiązuje do klasyka z 1996 roku).
W końcu gdzieś w połowie filmu Bryan dowiaduje się od innych ocalałych jaki jest cel jego podróży i choć cały czas mamy świadomość bycia ofiarą, to jednak ten element sprawia, że gdzieś zwalnia tempo akcji, a dotychczasowa niewiadoma czająca się za rogiem ulatuje w mgnieniu oka. I właśnie od tego momentu zaczyna się największy problem prowadzenia fabuły. O ile wcześniej w wybranych miejscach reżyser prezentuje nam bohatera jako osobę średnio rozgarniętą, tak w momencie dotarcia do miasta jesteśmy niemal na każdym kroku zaskakiwani coraz bardziej ciamajdowatym zachowaniem Bryana, które kompletnie nie pasuje do sytuacji w jakich się znajduje.
Rezultat? Resident Evil (2026) w pewnym momencie traci cały swój mroczny klimat i napięcie, na rzecz taniego humoru. Kilka razy zdarzyło mi się podczas seansu głośno zaśmiać (i nie byłem w tym odosobniony), czego niestety w tym przypadku nie odnotowuję na plus. Podkreślę, że mówimy tu przykładowo o hardkorowych sytuacjach, gdzie krew leje się hektolitrami, ciała są rozrywane na dziesiątki części, a główny bohater zamiast przekonać mnie do siebie strachem, to zaczyna zachowywać się tak absurdalnie, że doprowadza do śmiechu. Przed seansem unikałem jakichkolwiek spoilerów i jak się później dowiedziałem, był to nieco celowy zamysł artystyczny, ale mnie osobiście niestety tego rodzaju eksperyment twórczy odrzucił.
Zanim przejdę do końcówki muszę jeszcze wspomnieć jako fan soundtracków o mało wyrazistej ścieżce dźwiękowej, która w tego typu produkcjach powinna błyszczeć, a wyszło… bez wyrazu.
A skoro mowa o zakończeniu, to czuję się tym bardziej zawiedziony, że końcówka wywraca dotychczasowe podejście zarówno do bohatera, jak i jego głównego celu o 180 stopni i jest zwyczajnie bardzo dobra. Mocno starałem się, żeby ostatnie minuty seansu trzymały mnie w napięciu tak, jak to sobie zaplanował reżyser (w zamyśle wspomniane przeze mnie „bekowe” fragmenty miały być zmyłką dla widza), ale mając w pamięci na świeżo wcześniejsze „heheszki” efekt końcowy nie do końca spełnił swoje zadanie.
Resident Evil (2026) na pewno muszę pochwalić za śmiałe podejście reżysera, który mając w pamięci poprzednią produkcję garściami nawiązującą do materiału źródłowego, postanowił całkowicie zignorować ten aspekt i poszedł pod prąd własną ścieżką. Na pewno nie zabraknie zwolenników tej produkcji, bo w wielu miejscach wybroniła się solidnie, a i znaleźć tu można sporo ukrytych smaczków dla fanów gier.
Mnie nie do końca przekonał ten eksperyment i nadal czekam na ekranizację, która jednak będzie jeszcze bardziej wierna growym odpowiednikom. Szanuję jednak reżysera za odwagę i mimo wszystko polecam nie tylko fanom serii. Minimum jednorazowa zabawa – głównie ze względu na nieszablonową końcówkę – gwarantowana. Nie jest to najgorszy film w historii uniwersum, ale też w moim rankingu wciąż sporo brakuje do Resident Evil: Welcome to Raccoon City.
Tak, czuję się zawiedziony po seansie Resident Evil (2026), ale jednocześnie nie uważam, aby był to czas stracony – 6/10.
