W piątek odbyła się premiera długo oczekiwanego filmu Return to Silent Hill. W dobie solidnego odświeżania marki przez Konami przeszedł czas na trzecią już ekranizację tytułowego miasteczka. Klapa czy nowy król na podium? Odpowiedź poznacie z podwójnej recenzji napisanej przez Wadima i Kreliana po kinowym seansie.
Zapraszamy do lektury i koniecznie dajcie znać jak podobał się Wam film na tle gier i poprzednich ekranizacji!
Spis treści
ToggleReturn to Silent Hill – recenzja Wadima
W ostatnim czasie uniwersum Silent Hill mocno odżyło. Na początek dostaliśmy remake Silent Hill 2 od Bloober Team, później wyszło bardzo dobrze przyjęte Silent Hill F. Teraz z kolei przyszedł czas na nowy film „Return to Silent Hill” od reżysera pierwszej filmowej odsłony z 2006 roku, która dla mnie była zaskakująco dobrą adaptacją gry (mogę ją postawić zaraz obok Mortal Kombat).
„Return to Silent Hill” jest bardzo mocno inspirowany fabułą gry Silent Hill 2, ale zmienia sposób opowiadania historii. Jest bardziej uproszczony i pewne kwestie nie są do końca wyjaśnione tak, jak to było w grze. Klimat miasta, mgła i poczucie zagubienia są wiernie odwzorowane. Aktorzy są dość dobrze dobrane do swoich ról. Czasami niektóre sceny są jak wycięte z pierwowzoru. Efekty specjalne bardzo przypominają to, co widzieliśmy w SH2.
Największą bolączką tego filmu jest samo zakończenie. Gdyby wyciąć ostania scenę to myślę, że jeszcze plusa mógłbym dodać do oceny.
Podsumowując, jeśli chodzi o ekranizacje filmów na podstawie gier, to jest to dobra pozycja, ale gorsza od filmowego pierwowzoru z 2006 roku. Wstydu nie ma, jak najbardziej polecam go obejrzeć. Myślę, że „Return to Silent Hill” może skłonić do zagrania w Silent Hill 2 te osoby, które z jakiegoś powodu jeszcze nie miały okazji zagrać.
Wadim – 7/10
Return to Silent Hill – recenzja Kreliana
Kontynuacje – nawet te najbardziej uznane – często stoją w cieniu swoich pierwowzorów. Występują jednak wyjątki takie jak Silent Hill 2, który w oczach większości fanów osiągnął najwyższe miejsce na podium nie tyle za innowacyjne podejście do gry z gatunku survival-horror, co za perfekcyjne dopracowanie formuły oryginału pod względem fabularnym.
Świeża historia z ogromnym bogactwem nawiązań do rozmaitych dzieł kulturowych, doprawiona mądrze przemyślaną symboliką, niejednokrotnie zmuszającą odbiorcę do wysilania szarych komórek nie tylko podczas rozwiązywania zagadek… No i te zakończenia, pozwalające spojrzeć na pewne wydarzenia nie tyle z różnych perspektyw, co ze świadomością, że tak rozbudowaną historię można przeżywać na kilka sposobów.
„Return to Silent Hill” był z samego założenia skazany na porażkę ze strony ortodoksyjnych fanów. Nie ma bowiem fizycznie możliwości, aby w niespełna dwie godziny przynajmniej w połowie rozwinąć wszystkie wątki fabularne zawarte w Silent Hill 2. Być może nadejdzie takie dzień, kiedy do kin wejdą filmy z alternatywnym zwieńczeniem historii, jednak póki co musimy uzbroić się w cierpliwość akceptując (lub nie) narzucone normy.
„Return to Silent Hill” był z samego założenia skazany na porażkę ze strony ortodoksyjnych fanów. Nie ma bowiem fizycznie możliwości, aby w niespełna dwie godziny przynajmniej w połowie rozwinąć wszystkie wątki fabularne zawarte w Silent Hill 2. Być może nadejdzie takie dzień, kiedy do kin wejdą filmy z alternatywnym zwieńczeniem historii, jednak póki co musimy uzbroić się w cierpliwość akceptując (lub nie) narzucone normy.
Potraktowanie po macoszemu ze względu na ograniczony czas głównej fabuły to jedno. Tutaj zdecydowanie lepiej wypadłby mini serial, ale przejdźmy do kolejnych minusów. Elementem szybko rzucającym się w oczy przede wszystkim swoją sztucznością są efekty specjalne. Miejscami nie byłem pewny czy główny bohater siedział za długo u kosmetyczki, czy też pomiędzy kadrami przerobili go na postać animowaną.
Z drugiej strony mamy wierne odwzorowanie najdrobniejszych smaczków w postaci zmieniającego się miasta, zerkania co chwilę na tabliczki z nazwami ulic, szczegółowego odwzorowania przeciwników (widać tu mocne czerpanie garściami z SH2 Remake), ślepe uliczki czy różnego rodzaju rekwizyty w zamkniętych pomieszczeniach jak pozostawiony gdzieś wózek inwalidzki i wiele innych szczegółów, które fani wyłapią w ułamek sekundy. Elementy te stanowią największą zaletę filmu i gdyby tylko od początku do końca konsekwentnie utrzymano tę formułę to byłby murowany hit.
Można doczepić się też gry aktorskiej, ale szczerze? Czy lepsza była w samej grze? Jeśli weźmiemy pod uwagę budżet produkcji i typowe nastawienie na fan-service to trudno oczekiwać nolanowskich głębi. Mimo wszystko muszę tu wypunktować jeszcze dwa największe dla mnie minusy. Podkreślę „dla mnie” jako fana i znawcy materiału źródłowego, a chodzi o zbyt szybkie ukazanie zarówno „genezy” Piramidogłowego, jak i zbyt łopatologiczne wyłożenie osobowości Jamesa i jego problemów (z naciskiem na akcję dziejącą się poza tytułowym miasteczkiem).
Tutaj jednak wracamy do punktu wyjścia – za krótki czas antenowy w połączeniu z brakiem możliwości kilku zakończeń przyniósł efekt, który może podzielić fanów. Sama obecność na liście płac Akiry Yamaoki choć zasługuje na uznanie, to ostatecznie nie wywarła równie oczekiwanego efektu. A szkoda, bo tutaj udźwiękowienie miało szansę skutecznie zamaskować resztę niedociągnięć. Niestety zmarnowano tę szansę, choć w kilku miejscach soundtrack trzyma poziom, za niski jednak by mówić o poziomie znanym z gry.
Odczucia? W kinie nie siedziałem może jak na szpilkach, gdyż historia była mi znana. A jednak czas upłynął błyskawicznie, zaś niedosyt z opisanych już powodów pozostał. Pierwszy filmowy Silent Hill do dziś w opinii fanów uważany jest nawet za jedną z lepszych ekranizacji na podstawie gier. Różnica polega na tym, że projekt ten był znacznie bardziej bezpieczny i skutecznie stronił od mierzenia się z materiałem źródłowym. „Return to Silent Hill” przewraca z kolei to podejście do góry nogami: nie boi się stanąć w szranki z legendą, ma świadomość swoich ograniczeń, a jednak potrafił mnie zainteresować od pierwszej do ostatniej minuty, regularnie przekonując bym wybaczył wskazane tu niedostatki.
Jeśli weźmiemy pod uwagę przede wszystkim nawiązania do gier, to najnowszy film wypada pod tym względem lepiej niż pierwowzór. Zabrakło jednak zasobów i czasu ekranowego na doprowadzenie całości do zadowalającego w pełni formatu. Osobiście przymknąłem na te wady oko, gdyż i tak bawiłem się lepiej niż zakładałem przed seansem. Nie obiecuję jednak podobnych doznań każdemu. Zaryzykuję jednak stwierdzenie, że przez swoje ograniczenia film jest bardziej przystępny dla osób, które nigdy nie zagrały w Silent Hilla. A co z graczami, którzy omijali dotąd dzieła Konami? Odpowiedź znajdziecie w tekście powyżej.
Krelian – 7/10
