W takim momencie nie mogło się obyć bez nostalgicznego wstępu. Cóż poradzić, kiedy magia tamtego okresu jest tak silna, że promieniuje do dziś, napędzając nas stale do działania. Bo trzeba to powiedzieć wprost – bez Mortal Kombat nie byłoby do dziś tak wielkiej pasji do bijatyk, a bez tej pasji nie byłoby dziś BSGK…
Brzeskie kino „Słońce”, które w latach 90-tych odwiedzali tłumnie mieszkańcy naszego miasta jest już tylko wspomnieniem. Ale jakże silnym, jeśli przypomnimy sobie właśnie omawiany tu film Mortal Kombat. Premiera w 1995 roku była wymierzona perfekcyjnie czasowo. To był już ten okres, kiedy każdy dzieciak znał bardzo dobrze Mortal Kombat i Mortal Kombat II za pośrednictwem cieszących się wówczas popularnością salonów gier.
W zaciszu domowym dominowały z kolei wersje na Pegasusa, Amigę czy PC, a zamiast wieczorami „wkuwać matmę” każdy sumiennie przykładał się do regułek z Secret Service, gdzie Gulash serwował spragnionym nerdom „tajne ciosy i Fatality”. Magia Mortala była wszędzie, a na dokładkę w pobliskich sklepikach muzycznych można było również nabyć kasety magnetofonowe ze ścieżką dźwiękową zarówno z filmów, jak również zakupić „Mortal Kombat The Album” – album muzyczny w którym znalazły się utwory dedykowane postaciom z pierwszej gry Mortal Kombat. Wspomniałbym jeszcze o tzw. Dunkinach z Mortala, ale to już musicie sami odkryć w czeluściach sieci, jeśli dotąd nie zetknęliście się z tą nazwą. Powróćmy jednak do 1995 roku.
Wspomniałem o „czasowej perfekcji” bo każdy już wiedział czego oczekiwać po nadchodzącym filmowym Mortal Kombat. Mieli być nasi ulubieni bohaterowie, chcieliśmy Fatality i sporo efektownych walk. Tyle i aż tyle, ale film (na pewno najlepszy w dorobku) Paula W. S. Andersona dał nam coś znacznie więcej. Nie tylko doskonale nawiązywał do ówczesnego materiału źródłowego czyli klasycznych już dziś części gier, ale przede wszystkim trafił w samo sedno tego typu produkcji.
Z jednej strony przez wielu do dziś uważany jest za najlepszą adaptację filmową na podstawie gier wideo i nic nie wskazuje na to, by po ponad 30 latach od premiery ktoś śmiał odebrać mu tę koronę. Ale Mortal Kombat zrobił coś jeszcze, o czym niekoniecznie dziś My – gracze i fani uniwersum – musimy pamiętać. To był najzwyczajniej w świecie bardzo dobry film rozrywkowy, łączący popularne jeszcze mocno w tamtym okresie kino akcji z obowiązkowym przedstawieniem rozmaitych sztuk walki na ekranie. Nie zabrakło przy tym solidnej dawki humoru, który jak się okazuje nadal spełnia swoje zadanie. Efekt? Do dziś znam osoby, które niekoniecznie były fanami gier wideo, nie wspominając o zamiłowaniu do serii MK, a jednak film wspominają w najgorszym wypadku jako solidne kino akcji.
Minęło już jednak ponad 30 lat. Sporo się zmieniło nie tylko w kinematografii i sposobie kręcenia filmów (nie tylko akcji). Choć uniwersum Mortal Kombat wciąż jest bardzo popularne (MK11 jest najlepiej sprzedającą się bijatyką w historii serii, osiągając wynik 15 milionów sprzedanych kopii), to najnowsze gry znacząco różnią się od oryginałów. Zmieniło się logo Smoka, tło fabularne, role poszczególnych postaci poprzez restart serii i zawirowania czasowe… Zmienił się również filmowy Mortal Kombat z 2021, będący ukłonem w kierunku najnowszych gier. I w końcu – zmieniło się całe pokolenie graczy, którzy niekoniecznie dziś potraktują poważnie oryginalny film z 1995 roku. Tylko co tak naprawdę znaczy tutaj określenie „poważny”?
Już sama koncepcja MK z 1995 roku jak wspomniałem w poprzednich akapitach ocieka sporą dawką humoru i tak naprawdę nie ma tutaj sensu traktować filmu całkowicie na poważnie. Humor w stylu typowych „one-linerów” popularnych zwłaszcza w kinie akcji lat 90-tych skutecznie lawiruje pomiędzy poważną fabułą. A ta opowiada tak naprawdę kilka odrębnych historii: mamy tu chęć zemsty, uznania czy radzenia sobie z krytyką ze strony innych. Historia choć dość oszczędna w słowach, spełniła swoje zadanie z nawiązką, skutecznie popychając kolejne elementy historii do finału, by ostatecznie pozwolić każdemu z bohaterów odkryć swoje największe słabości, a następnie przekuć je zarówno w duchowe, jak i fizyczne zwycięstwo nad wrogami.
Nie można w tym miejscu nie zatrzymać się na samych bohaterach. Każdy z nich (wliczając w to również stojących po złej stronie Kano i oczywiście Shang Tsunga) charakteryzował się własnym unikalnym stylem i charyzmą, przez co do dziś zostali zapamiętani – trudno to samo powiedzieć o każdym bohaterze filmowej odsłony z 2021…
Pewnie, że dziś dialogi mogą się wydać nieco kiczowate, a efekty specjalne często są źle dopasowane (jak choćby te z udziałem Reptile’a). Nie mniej pocieszny jest też mechatroniczny Goro, ale powiedzmy sobie to szczerze – czy dziś wytykanie tych elementów filmowi z tak długim stażem ma jakikolwiek sens? Zakładam, że jeśli już ktoś będzie mniej pobłażliwy w tym temacie, to ta wspomniana zmiana pokoleniowa, ale nie ona była główną grupą docelową, więc… przejdźmy może do tego co stale utrzymuje omawiany film w czołówce.
Wyspa Shang Tsunga i Zaświaty to niezmiennie lokacje, które do dziś trzymają w ryzach ten mroczny i mistyczny klimat znany z gier. Wydobywająca się zewsząd tajemniczość, mnisi w kapturach zapraszający bohaterów do walki, mroczne korytarze prowadzące donikąd czy liczne posągi pradawnych wojowników. To wszystko robiło niesamowity klimat w dniu premiery i szczerze mówiąc dalej robi – choćby dlatego, że dziś większość elementów scenografii byłaby zastąpiona sztucznymi do bólu efektami specjalnymi. Dodając do tego epicką ścieżkę dźwiękową, która do dziś regularnie pojawia się na mojej playliście otrzymujemy tak naprawdę przepis na nieśmiertelność tego dzieła, który w innym czasie i miejscu nie byłby możliwy do powtórzenia…
A skoro o scenografii mowa – nie można tu nie wspomnieć o poszczególnych arenach walk naszych bohaterów. W dalszym ciągu uważam, że nie tylko najlepszą walką, ale i posiadającą najlepszy klimat pod kątem doboru lokacji jest ta z udziałem Cage’a i Scorpiona – jest mrok, jest zmiana lokacji, jest mroczne Fatality, a nawet… Friendship.
Nic tylko chcieć więcej. I tu w zasadzie muszę się zatrzymać przy jedynym dla mnie minusie, który faktycznie przeszkadza mi dopiero po latach. Choreografia większości walk zrobiona jest z dbałością o każdy detal. Nie brakuje tu licznych smaczków w postaci wykorzystania ciosów specjalnych czy wykończeń. Brakuje natomiast… czasu antenowego. Film jest zwyczajnie za krótki, co najbardziej odczuwalne jest zwłaszcza w trakcie walk i tutaj nawet bez dodawania kolejnych postaci można było go wydłużyć spokojnie o te 15 minut. Pojedynki choćby takich par jak Sonia i Kano (ich wątek sprawia wrażenie przyciętego w pośpiechu) oraz Cage i Goro sprawiają wrażenie zmarnowanego potencjału (choć „jajecznica” była w punkt). A co z resztą minusów?
Film Mortal Kombat z 1995 roku odświeżyłem sobie (licząc od daty publikacji tego tekstu) dokładnie dwa dni wcześniej. Mierząc się po takim czasie z tą niewątpliwą Legendą bardzo się starałem, by nieco mocniej wypunktować wszelkie mankamenty. Szczerze? Pomimo prób nie jestem w stanie podołać temu zadaniu. Ten obraz jest dla mnie zwyczajnie zbyt kultowy i przywraca zbyt wiele nostalgicznych wspomnień, żebym potraktował go w kategorii „krytyka filmowego”, który ocenia każdy element techniczny na tle współczesnego kina. Do dziś to dla mnie najlepsza filmowa adaptacja gry wideo i szczerze wątpię, żebym kiedykolwiek zmienił lidera na podium. A jednak faktycznie czuje dziś jeszcze większy niedosyt niż kiedyś przez wspomniany krótki czas filmu, dlatego po latach wystawiam mu „tylko” 9/10. W moim sercu jednak Mortal Kombat to zawsze będzie Czysta Dycha.
